Różnie bywa

Minęło już ponad półtora miesiąca od mojego przyjazdu na wyspę, zatem chciałbym pokusić się o poczynienie kilku spostrzeżeń i porównań, głównie pomiędzy Tajwanem a kontynentalnymi Chinami. Dla części Czytelników poniższe może być jasne i znajome, dlatego niech obejrzą sobie bloga mojego znajomego, w czasie, kiedy reszta klasy zajmie się dzisiejszą czytanką.

Pierwsze porównania zaczęły nasuwać się już w drodze z lotniska. Pamiętam obrazy, które przesuwały się przed moimi oczami w drodze z Beijing Capital Airport do centrum Pekinu, kiedy przyjechałem na stypendium językowe w trakcie studiów – ogromne bloki mieszkalne jak spod igły, szeroka i równa jak stół autostrada, ale dookoła jakoś tak buro, ponuro i industrialnie. No i „mgliście”*. Na myśl nasuwają się słowa „rozwój gospodarczy”, „plac budowy” oraz „kurna, ile Mercedesów i Audi”. Jadąc z Taoyuan International Airport do Taipei odniosłem nieco inne wrażenie. Choć autostrada i samochody wyglądały podobnie, to mijane budynki wyglądały na nadgryzione już zębem czasu i nieco przechodzone. Podobnie czułem się w mieście. Tajwan zaliczył swój boom gospodarczy na długo przed ChRLem, dlatego też Tajpej sprawia wrażenie miasta mniej nowoczesnego niż Pekin. Jednak szybko okazuje się, że jest to odczucie bardzo powierzchowne. Z drugiej strony, pod względem urbanistycznym czuję się tu bardziej swojsko niż na kontynencie – trochę jakbym był na Ursynowie, a nie drugim końcu świata.

Ktoś, kto spędził trochę czasu wśród kontynentalnych Chińczyków bardzo szybko dostrzeże różnicę w tutejszym podejściu do obcokrajowców. Nie chcę tu nikogo obrazić, dlatego nie nazwę tego większą życzliwością, a raczej otwartością. Tajwańczycy wydają się bardziej przyzwyczajeni do obecności dewizowców, chętniej pomagają, chociażby zapytani o drogę, zagadują, uśmiechają się i nie wstydają próbować sił w mówieniu po angielsku. Są też bardziej wyrozumiali w stosunku do poziomu znajomości chińskiego laowaiów. Wydaje mi się również, że są bardziej otwarci w stosunku do siebie nawzajem, ale podkreślam, że jest to tylko moje osobiste odczucie. Jakiś czas temu widziałem mężczyznę w podeszłym wieku, który zachwiał się na chodniku i upadł. Ponieważ byłem najbliżej podbiegłem i pomogłem mu stanąć na nogi. W przeciągu sekundy trzech innych mężczyzn zatrzymało się, żeby upewnić się, że staruszkowi nic się nie stało, a jeden z nich wziął nieszczęśnika pod rękę i pomógł iść dalej. Szliśmy jeszcze chwilę w tym samym kierunku, a dobry Samarytanin zagadnął mnie zupełnie jakbym nie był wysokim, postawnym, brodatym i wytatuowanym obcokrajowcem. „Wie pan, to już nie te lata. W tym wieku człowiek nie powinien narażać się na takie niebezpieczeństwa. Ten pan mieszka tu w pobliżu, odprowadzę go do domu. Dziękuję za pomoc.” Po czym uśmiechnął się i obaj poszli w dal. Trudno mi wyobrazić sobie analogiczną sytuację na kontynencie, gdzie typową reakcją na laowai’a jest salwowanie się ucieczką przed utratą twarzy albo po prostu nieznanym.

Nie znaczy to, że nie występuje tu znany i powszechny w kontynentalnych Chinach rasizm. Nie tak dawno temu byłem świadkiem drobnego incydentu pomiędzy trojgiem młodych, podchmielonych (i do pewnego momentu bardzo sympatycznych) Tajwańczyków a pijaną Amerykanką, który przez emocje, spożyty przez obie strony alkohol oraz, jak mi się wydaje, narodowe kompleksy tych pierwszych został podniesiony do rangi nienawiści rasowej. Winę za całe zajście podzieliłbym w stosunku 1:2 na niekorzyść dewizowej idiotki, zachowanie** obu stron miało podłoże wyłącznie alkoholowe, ale dziewczyna została posądzona o atak na Tajwańczyków i Azjatów w ogóle. Urojony rasizm jednej głupiej, białej dziewczyny natychmiast został przeniesiony na całe międzynarodowe towarzystwo (w którym byli również inni Tajwańczycy), choć ludzie dookoła zaczęli tłumaczyć, że jest pijana i niestety niezbyt rozgarnięta. Nadaremno. Obecni obcokrajowcy zostali oskarżeni o rasizm, postraszeni dzwonieniem po miejscowych znajomych, a na końcu pożegnani „fuck you, foreigners!”. Muszę przyznać, że byłem w szoku. Zupełnie nie spodziewałem się takiego rozwoju wypadków. Nikt nie traktował ich odmiennie, nie izolował, do tego zajścia wszyscy, a gdyby był z nami pingwin to obecni byliby reprezentanci wszystkich kontynentów, bawili się dobrze, a i samo niefortunne zdarzenie nie zasługiwało na takie poziomy agresji. Do tej pory nie wiem do końca co o tym myśleć – czy reakcja trójki miejscowych wynikała z głęboko zakorzenionych kompleksów na punkcie swojego pochodzenia? Czy może obcokrajowcy mają opinię rasistów, która jest niejako z automatu, choć bezpodstawnie, potwierdzana za każdym razem, kiedy dojdzie do konfliktu pomiędzy nimi a Tajwańczykami? A może ta trójka stanowiła wyjątek od reguły i po prostu coś im odbiło?

Przypomniała mi się przy okazji pewna sytuacja z Chin. Kilka lat temu byłem tam uczestnikiem stłuczki na drodze. Taksówka, którą jechałem, zjechała na pobocze, kierowca powiedział, że mogę wysiadać, otworzyłem drzwi i w tej samej chwili uderzył w nie skuter. Cóż, może i nie spojrzałem za siebie, ale staliśmy przy chodniku, taksówkarz dał zielone światło do wysiadania, a lusterka przy tylnych drzwiach nie ma. Złotówa nie próbował nawet zwalić winy na mnie, ale tego samego nie można było powiedzieć o kierowcy skutera, który natychmiast wszedł na wysokie C i stwierdził, że wszystko to moja wina, bo przyjechałem do Chin. Jakbym siedział u siebie, mówił, to byłby spokój. W końcu taksówkarz dał mu pieniądze na naprawę skutera, a sam, uważając pewnie, że jak każdy laowai w procesie trawienia wydalam pieniądze, zażądał kasy ode mnie, za skuter i drzwi. Odmówiłem i zasugerowałem, że wezwanie policji rozwieje wszystkie wątpliwości co do winy. Natychmiast odpuścił, zapłaciłem za kurs i poszedłem w swoją stronę. Po drodze musiałem przedrzeć się przez tłum gapiów, który zebrał się dookoła taksówki w przeciągu dwóch i pół sekundy od zdarzenia.

Kapitalistyczne jabłko padło w tym przypadku niedaleko od komunistycznej jabłonki. Czy może raczej oba owoce spadły z tego samego, cesarskiego drzewa. Nie twierdzę, że Chińczycy czy Tajwańczycy są rasistami z natury, ale wiele kwestii postrzegają przez pryzmat rasy lub narodowości. Pewien Amerykanin (o dziwo) podsumował to dość dobrze: „they’re not racist, they’re racialist”. Laowai’a traktuje się inaczej, czasami jak piñatę wypełnioną po brzegi pieniędzmi, czasami jak wiecznie pijane, niedorozwinięte dziecko, a czasami (przez pewien szczególny rodzaj kobiet) jak chodzący paszport i/lub zieloną kartę. Jednak w ramach rekompensaty przysługują mu specjalne moce – w niektórych sytuacjach na więcej mu wolno, bo nie wie, nie rozumie, nie czyta i nie mówi po chińsku. Czy to dobrze czy źle – zależy co kto lubi. Jedno jest pewne: laowai nigdy, ale to przenigdy nie będzie częścią społeczności. Zawsze będzie obok, poza i będzie o tym doskonale wiedział.

Temat poruszony w ramach dzisiejszej czytanki jest drażliwy, dlatego podkreślam, że są to moje osobiste przemyślenia, które niekoniecznie muszą być prawdziwe. Choć są. Jeżeli komuś nie podoba się to, co piszę, to niech doda swoje żale do ogólnej listy krzywd i wykrzyczy ją z w nocy z balkonu. Albo podzieli się swoimi przemyśleniami w komentarzach w cywilizowany sposób.

Trochę to wszystko chaotycznie wyszło, a miało być jeszcze o słabym jedzeniu i karygodnym cenzurowaniu treści w telewizji, ale zostawię to może na oddzielne wpisy.

* Szybko przekonałem się, że to nie mgła, tylko smog.

** Nie będę tu opisywał co zrobiła, bo ani to ciekawe ani wnoszące do historii. Powiem tyle, że gdyby to samo zdarzyło się na polskiej imprezie, to rano pewnie nikt by o tym nawet nie pamiętał.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s