OM NOM NOM

Wiem, że od ostatniego wpisu, jaki pojawił się na tym blogu, upłynęło już trochę wody w 淡水河, ale byłem ostatnio zajęty różnymi rzeczami, budzik mi nie zadzwonił, a pies zjadł szkic tekstu. Proszę zatem wszystkich trzech Czytelników o wyrozumiałość i łagodny wymiar kary. W nagrodę proponuję dalszych kilka porównań pomiędzy Tajwanem a kontynentalnymi Chinami, choć tym razem nie będzie tak drętwo jak ostatnio, raczej tłüsto, grübo i przaśnie*.

Niektórzy twardordzenni fani relacji z moich wojaży pamiętają zapewne jak często zdarzało mi się narzekać na życie w ChRLu. Wiele osób zarzucało mi w trakcie i później, że się po prostu czepiałem, zgodnie z chińskim porzekadłem, szukałem kości w jajku. Może i po części tak właśnie było. Jednak po latach podtrzymuję większość swoich ówczesnych opinii na temat najbardziej irytujących aspektów życia na kontynencie. Po trzech miesiącach na wyspie mogę stanowczo stwierdzić, że podoba mi się tutaj dużo bardziej. Tajpej jest miastem znacznie mniej stresującym niż Pekin, a mieszkanie tutaj zdecydowanie rzadziej powoduje stany przedwylewowe. Tym niemniej, jest jeden aspekt, w którym kontynentalni towarzysze wypadają lepiej niż wyspiarze – jedzenie.

Nie byłbym sobą gdybym, prędzej czy później, o nim nie wspomniał. Na tym polu Tajwan, niestety, przegrywa z kretesem. Nie twierdzę, że papu jest tu bardzo złe, po prostu znacznie gorsze niż w ChRLu. W Pekinie opcji żywieniowych „na co dzień” jest pod dostatkiem. Oprócz zestawów jednoosobowych, tj. porcja smażonego ryżu, makaron w zupie czy wszelkiej maści pierożki i baozi jest też możliwość zjedzenia po przystępnej cenie czegoś bardziej restauracyjnego, już nie samemu, a choćby samowtór z miłą sercu niewiastą – danie z mięsa lub ryby, do tego warzywa czy co kto sobie życzy. Takie jedzenie jest smaczne, dość bezpieczne (jadałem w restauracjach, które w Polsce nie przeszłyby kontroli budowlanej, o sanitarnej nie wspominając i nigdy nic mi nie było), a do tego nie zgwałci brutalnie portfela.

W Tajpej sprawa wygląda nieco inaczej. Miejscowi kucharze niespecjalnie radzą sobie z mięsem (dla wtajemniczonych – mi 滷肉 średnio wchodzi), a podstawą wyżywienia są makarony pod różnymi postaciami i japoński import – biandang便當, czyli pudełko z ryżem, warzywami i kawałkiem smażonego kurczaka lub ryby, zestaw jadany zazwyczaj na lunch. Na ogół nic specjalnego, nie zawsze jest też możliwość wybrania zielonych dodatków – je się to, co akurat tego dnia kuchnia wyda. A gdzie te wszystkie mniej lub bardziej wyszukane potrawy, które tak pokochałem w Chinach? Otóż można je czasami spotkać, choć po takich cenach, że proszę siadać i wziąć coś na uspokojenie. A cena to nie wszystko – prawie nigdy nie smakują tak, jak powinny. Niedługo po przylocie trafiłem do „yunnańskiej” knajpy, gdzie menu składało się (oprócz makaronów…) niemal wyłącznie z owoców morza! Jak kto nie kuma o co kebab, to niech sobie na globusie sprawdzi gdzie leży Yunnan. Innym razem, będąc w nieco droższej niż ustawa przewiduje restauracji, postanowiłem zafundować sobie odrobinę luksusu i zamówiłem gongbaojidinga 宮保雞丁 (potrawa syczuańska, na kontynencie jedna z najtańszych w kategorii „kurczak”). To, co wylądowało na talerzu przede mną, było tak smutną abominacją, że miałem ochotę zabrać to na zaplecze, z dala od świadków i zastrzelić, żeby się biedactwo nie męczyło dłużej. Cóż jam ci, kucharzu, uczynił, że wymierzasz mi tak bolesny policzek? Dlaczego do prostej potrawy, która składa się z kurczaka, chilli, orzeszków ziemnych i cebuli użyłeś samego kurczaka i ZIELONEJ papryki, a zapomniałeś o wszystkich innych dodatkach i niemal wszystkich przyprawach?! Ech, jednym słowem: kasza niedogotowana, jedziemy do redakcji.

Mój quest znalezienia przyzwoitego gongbaojidinga zakończył się ostatecznie sukcesem. Znalazłem restaurację, która całkiem przyzwoicie odtwarza niektóre kontynentalne potrawy, ale za każdym razem kiedy moja noga przestępuje jej próg, portfel zaczyna wyrywać się do ucieczki, bo wie już jakie pałowanie na niego czeka. Odnoszę wrażenie, że restauracje tego typu traktowane są tutaj jak egzotyka, na równi z tajskimi czy włoskimi i stąd zapewne biorą się wygórowane ceny.

Jednak największą zgrozę budzą we mnie 早餐店, czyli sklepy ze śniadaniami. Okazuje się, że „tradycyjnym” śniadaniem na Tajwanie są… hamburgery i kanapki z pieczywa tostowego! HABURGERY! Z TOSTOWEGO! Żeby sprawę pogorszyć, wspomniane pieczywo (jak i każde inne, które można tu dostać, poza specjalistycznymi, zachodnimi i drogimi piekarniami) i bułki mają mdląco słodkawy smak i smarowane są obficie słodkim majonezem. Hamburger w słodkiej bułce ze słodkim majonezem… Na śniadanie… Płakać się chce nawet teraz, kiedy o tym piszę. Przerzuciłem się zatem na płatki z musli i mlekiem, choć mleko też jest tu horrendalnie drogie (8 zł za litr w 7-Eleven i 5 zł w Carrefourze). Gdzie są jianbingi, gdzie baozi i xiaolongbao? Fakt, czasami się zdarzają, ale takie knajpy otwierają się dopiero po południu, bo kto normalny nie zje z rana pysznego, słodziutkiego hamburgera? Lukrem je jeszcze powinni polewać, a mięso smażyć w czekoladzie. Kurwa.

Rozpisałem się na temat błędów i wypaczeń miejscowej kuchni, ale to nie jest pełen obraz sytuacji. W gruncie rzeczy, to co już jest (i nie w słodkiej bułce ze słodkim majonezem!**), jest w większości zjadliwe. Amatorzy warzyw i owoców morza powinni być zadowoleni z miejscowej oferty. Wegetariańskie restauracje są względnie liczne, a jedzenie smaczne. Im bliżej morza tym więcej knajp specjalizujących się we wszystkim, co da się z niego wyłowić. Jadłem tu całkiem niezłe krewetki i bardzo dobre ślimaki morskie. W kilku miejscach wyspiarze radzą sobie nawet lepiej niż towarzysze, przykładem niech będzie śmierdzące tofu 臭豆腐, za którym przepadam. Ale nie samą zieleniną człowiek żyje i czasami tęskno mi do dobrze przyrządzonego trupka.

Podsumowując – tajwańska kuchnia nie rzuca na kolana, nie wywołuje ekstatycznych uniesień, nie uzależnia jak (w moim przypadku) potrawy z kontynentu, ale na ogół można zjeść przyzwoicie i nie przepłacić. Dobrze, że chociaż tyle, ale szkoda, że tylko tyle…


* See what I did there? Ostatnia obietnica została spełniona już w tym samym zdaniu – ten dowcip był wyjątkowo przaśny.

** Przepraszam, nie mogę tego przeżyć.

Reklamy

7 responses to “OM NOM NOM

  1. A te słodkie hamburgery to nie jacyś krewni koreańskich tostów z kotletem, keczupem, miodem i jajecznicą? Tamto mi bardzo smakowało ^.~

  2. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi i jak wiele żartów i docinków z twojej strony będę musiał potem wysłuchiwać – jeśli wkurwia cię już ten burger/pieczywo tostowe, to piecz własny chleb. Jest to względnie proste, a bardzo bardzo smaczne i zdrowe. Chyba, że nie masz piekarnika – to wtedy jesteś w dupie.

  3. Buły bułam, jak w Jukeju. Mi do dziś straszno, jak pomnę wszelkiej maści trupiosłodkie chińskie kiełbaski, brrrr. nawet to to do mięsem baranim z cybulom stojącej Mongolii dopełzło. bleh

  4. Buły bułami, jak w Jukeju. Mi do dziś straszno, jak pomnę wszelkiej maści trupiosłodkie chińskie kiełbaski, brrrr. nawet to to do mięsem baranim z cybulom stojącej Mongolii dopełzło. bleh

  5. No niestety. Słodkawy „chleb” tostokształtny także w Japonii jest standardem. Z wędlin da się jeść tylko szynkę, która wygląda, jakby była hodowana od razu w tych plastikowych opakowaniach… Niefajnie. A co do dań z mięsa szczerze współczuję… Pozdr.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s