Y U NO WALK FASTER?

Niewiele jest przejawów tajwańskiej codzienności, które są w stanie doprowadzić mnie do wściekłości. Pisałem już wcześniej o tym, że życie tutaj jest o wiele mniej stresujące, niż w kontynentalnych Chinach, ludzie są dużo bardziej otwarci, uprzejmi i wyrozumiali, tak w stosunku do obcokrajowców, jak i siebie nawzajem. Jednak jest jedna rzecz, która doprowadza mnie do białej gorączki niemal codziennie – ludzie wlokący się po wąskim chodniku.

Obrazek bezczelnie ukradziony z 9gag.com

Chodniki w Tajpej są na ogół dość szerokie i zadaszone do połowy od strony budynku, co okazuje się błogosławieństwem w deszczowe dni, których nie brakuje szczególnie o tej porze roku. Ale co z tego, kiedy połowę szerokości zajmują zazwyczaj zaparkowane rowery i skutery, a drugą połowę… no właśnie – Tajwańczycy chodzący z prędkością ciężarnego leniwca.

Idąc po chodniku moim celem jest jak najefektywniejsze przemieszczenie się z punktu A do punktu B. Jeżeli jestem świadomy, że z jakiegoś powodu idę wolniej niż ustawa przewiduje, staram się trzymać jednej strony, najczęściej prawej, tak, żeby inni przechodnie mogli swobodnie mnie wyminąć. Tak podpowiada zdrowy rozsądek i zmysł, który wykształca w sobie każda osoba dorastająca w gęsto zaludnionych obszarach. W Warszawie na jeden kilometr kwadratowy przypada nieco ponad trzy tysiące mieszkańców, w Tajpej wskaźnik ten jest niemal trzykrotnie wyższy – ponad dziewięć i pół tysiąca. Można zatem wyobrazić sobie, że zmysł poruszania się w tłumie powinien być dużo bardziej wyostrzony wśród Tajpejczyków niż Warszawiaków, prawda?

Otóż nie! Na wąskich chodnikach nie widuje się ludzi idących przy jednym z brzegów, żeby ułatwić wymijanie – normą są Tajwańczycy niemiłosiernie wręcz wlokący się… samym środkiem! Okazuje się, że powrót z pracy albo szkoły może być doskonałą okazją do kontemplacji zbliżających się wyborów, nawyków żywieniowych, dorobku tajwańskiej kinematografii, sensu życia albo przysłowiowej dupy Maryni. A wiadomo wszak, że do rozmyślań potrzeba przestrzeni, swobody ruchu po obu stronach. Nie można też iść za szybko – odpowiednie tempo powinno przypominać królewską przechadzkę wzdłuż szpaleru poddanych, najlepiej z częstymi przystankami, aby słudzy mieli okazję wykazać się czołobitnością. Taki sposób chodzenia sprzyja przecież relaksowi, odpręża umysł i na pewno wydłuża członka o co najmniej kilka centymetrów. Warto zatem promować to niespieszne tempo wśród innych użytkowników chodników poprzez chodzenie jeszcze wolniej i jeszcze bardziej środkiem. A gdyby jakiś wichrzyciel próbował wymijania, najlepiej przykładnie ukarać go wsadzając pałąk od parasola w oko, albo przesuwając się nieznacznie właśnie w tę stronę, po której zamierza nas wyprzedzić. Niech ma za swoje, sprinter bljacki!

Przyznam bez bicia, że należę do ludzi chodzących dość szybko. Robię to zupełnie nieświadomie i idąc w towarzystwie jestem często napominany, że narzucam mordercze tempo, albo wyrywam przed szereg i potem muszę czekać na resztę grupy. Jednak to nie tutaj leży sedno problemu. Okazuje się, że nie tylko ja odczuwam frustrację chodząc po ulicach Tajpej – spotkałem bardzo wiele osób, zazwyczaj Europejczyków, którzy skarżą się dokładnie na to samo. Tajwańczycy chodzą bardzo, bardzo wolno i zawsze środkiem chodnika. Bez ostrzeżenia czy usunięcia się na bok zatrzymują się przed witrynami i trzeba się mocno nagimnastykować, żeby nie wpadać na ludzi co 5 sekund. Czasami chodzą parami, zaaferowani rozmową i nie słyszą gotującego się ze wściekłości laowai’a, który coraz głośniej powtarza „借過”, po czym zaczyna głośno przeklinać w swoim barbarzyńskim języku.

Brak zmysłu poruszania się w tłumie przekłada się z resztą nie tylko na chodzenie po chodnikach. Tajpejczycy zdają się być równie nieświadomi swojego otoczenia jeżdżąc po drogach samochodami i skuterami czy wsiadając do metra. Jasne jest przecież, że wchodząc do wagonu należy się natychmiast zatrzymać i dokładnie rozejrzeć za wolnym siedzeniem. I co z tego, że idący z tyłu laowai niemal się przewróci próbując w porę wyhamować. Na ich szczęście, póki co mam jeszcze na tyle dużo cierpliwości, żeby starać się unikać wpadania na ludzi. Któregoś pięknego dnia może mi jej zabraknąć, a wtedy Tajpejczycy na własnej skórze odczują działanie zasady zachowania pędu.

Z czego wynika powyższe zjawisko? Dlaczego ludzie dorastający w bardzo gęsto zaludnionym obszarze zdają się zupełnie nie zwracać uwagi na otoczenie? Szczerze mówiąc – nie mam pojęcia. Jak zwykle zapraszam zatem do dyskusji w komentarzach, gdzie wezmę stronę tych Czytelników, którzy się ze mną zgodzą, a resztę zrugam albo oleję. Ot, ludzka natura.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s