Twarz

Na początek znowu kajam się i przepraszam wszystkich trzech Czytelników za długi okres ciszy na blogu, ale życie w Tajpej pełne jest przygód i wrażeń, takich jak nauka, praca oraz oczywiście nauka. Gdybym chociaż szalał na mieście…

Twarz na głowie ważniejsza niż buty na nogach!

Dzisiejsza czytanka będzie o pojęciu „twarzy” i jej ewentualnej utraty. Od razu ostrzegam, żeby potem ktoś nie chodził do kierownika zmiany ze skargą, że będzie subiektywnie i możliwe, że krzywdząco. Ale mój blog, moje zasady.

Pojęcie „twarzy” znane jest chyba każdej osobie, która choć trochę interesuje się Azją. Zjawisko to występuje w Chinach (przez co i na Tajwanie), w Korei, Japonii, krajach arabskich, jak również na naszym rodzimym podwórku. Polacy od czasu do czasu wypominają sobie „utratę twarzy” czy „potwarz”, jednak terminy te zarezerwowane są na ogół dla poważnych zdarzeń – zwrócenie komuś uwagi na rozpięty rozporek nie jest w Polsce potwarzą, nasranie sąsiadowi na wycieraczkę – owszem.

W Azji „twarz” jest dużo bardziej skomplikowanym zjawiskiem, jest dużo delikatniejsza, łatwiej ją stracić czy komuś odebrać. Pozwolę sobie przytoczyć przykład z ostatnich kilku dni. W moim mieszkaniu internet dzielony jest pomiędzy nas i lokatorów z piętra niżej. Na dole znajduje się modem połączony kablem z naszym routerem na górze, dlatego jeżeli wystąpi jakikolwiek problem z siecią (co zdarza się przecież wszędzie), nie mamy ze współlokatorami innego wyboru, jak iść do sąsiadów z dołu i poprosić, żeby zrestartowali modem. Pomijam fakt, że oboje pracują do późna, więc jeżeli padaczka internetu wystąpi w ciągu dnia, musimy czekać aż do wieczora.

Poprzednim razem, kiedy zmuszony byłem wejść w interakcje z sąsiadami, natknąłem się na faceta po trzydziestce, który trochę zdziwił się na mój widok, ale powiedział, że zaraz zrestartuje modem, przeprosił za kłopot i internet faktycznie po chwili wrócił. Dzisiaj problem wystąpił ponownie, więc zszedłem do sąsiadów, zadzwoniłem grzecznie do drzwi i czekam. Po chwili usłyszałem odgłos kroków dobiegający z mieszkania. Poczekałem jeszcze chwilę i zadzwoniłem po raz kolejny. Kroki zbliżyły się do drzwi i zauważyłem, że ktoś ogląda mnie przez wizjer. Czekałem, zatem, jak przystało na porządnego sąsiada, aż lustracja dobiegnie końca, a usatysfakcjonowany jej wynikiem sąsiad uchyli mi drzwi i zapyta o co chodzi? Zdziwiłem się bardzo i równie bardzo zdenerwowałem, kiedy osoba po drugiej stronie drzwi postanowiła udać, że nikogo nie ma w domu. Poirytowany nacisnąłem dzwonek jeszcze raz, ale tym razem nie było już ani kroków, ani zaglądania w wizjer. Kompletna olewka.

Wkurzony wróciłem do mieszkania i wysłałem z podobną misją współlokatora, który wygląda azjatycko. Okazało się, że przed nim wrota zostały otwarte, a zza nich wyłoniła się kobieta, prawdopodobnie samica sąsiada, z którym miałem przyjemność obcować wcześniej. Mój współlokator popełnił w tym momencie błąd taktyczny i zamiast najpierw poprosić o restart modemu, a dopiero potem wyrazić opinię o dziwnym zachowaniu wobec białego obcokrajowca (w przeciwieństwie do azjatyckiego, którym sam jest), odwrócił kolejność. Kobieta natychmiast stała się werbalnie agresywna, powiedziała, że nic ją internet nie obchodzi, nic nie będzie restartowała i możemy sobie zadzwonić do właściciela obu mieszkań, jeżeli nam to nie pasuje.

Tak też uczyniliśmy i po chwili właścicielka oddzwoniła do mnie tłumacząc się za sąsiadkę z dołu, że była przestraszona, bo była sama w domu, bo mnie nie znała i nie wiedziała czego chcę. Odpowiedziałem, że najlepszym sposobem na rozwianie tych kwestii jest zapytanie, chociażby przez drzwi, choć mieszkanie na dole wyposażone jest też w kratę, kim jestem i czego chcę. Właścicielka ciągnęła jednak temat i wymyślała coraz to nowe usprawiedliwienia dla dziwnego zachowania sąsiadki.

Jak łatwo się już teraz domyśleć, centralnym punktem całej historii jest właśnie „twarz”. Sąsiadka z dołu nie otworzyła mi drzwi, bo zapewne nie mówi dobrze po angielsku, a widząc białasa zakłada, że ten nie mówi po chińsku. Niemożliwość komunikacji w obcym języku to automatyczna i poważna utrata twarzy, dlatego niektórzy Tajwańczycy wolą uciec od rozmowy z cudzoziemcem, jeżeli nie czują się pewnie ze swoim poziomem angielskiego. Następnie, mój współlokator wywlókł sprawę na światło dzienne zamiast ją olać. Zapytał ją dlaczego nie otworzyła mi drzwi, choć ewidentnie do nich podeszła i obejrzała mnie przez wizjer. Zasugerował tym samym, że jest nieuprzejma i pogrywa w jakieś dziwne gierki. Utrata twarzy numer dwa. Naturalną reakcją wielu Tajwańczyków (choć nie tak powszechną, jak u Chińczyków) na podobną sytuację jest pójście w zaparte, często połączone z werbalną agresją, jak w przypadku sąsiadki. Ucięła dyskusję przy dupie, do tego zrobiła nam w poprzek odmawiając restartu modemu i odesłała do właścicielki. Właścicielka starała się usprawiedliwić swoją lokatorkę po to, żeby ta mogła odzyskać twarz. Utrata twarzy nie jest, bowiem, trudna do zniesienia jedynie dla osób bezpośrednio zaangażowanych, ale również dla wszystkich postronnych uczestników. W takich sytuacjach otoczenie dąży zazwyczaj do powrotu do normalności i przywrócenia wszystkich straconych twarzy. W tym mojej. Tak, tak, ja również w tym wszystkim swoją straciłem, a to z powodu zamieszania w całą sytuację. Spowodowałem utratę twarzy innej osoby. Kiedy sąsiadka z dołu nie otworzyła przede mną drzwi, powinienem był udać, że faktycznie nie ma jej w domu i odegrać rolę w jej przedstawieniu. Powinienem był wrócić do siebie i poczytać książkę w nadziei, że internet kiedyś wróci sam (bo sąsiedzi za bardzo sprawy nie kumają i sami mogą nie wpaść na pomysł zrestartowania modemu). Byłoby to (nie)załatwienie sprawy w stylu azjatyckim.

Zdawałem sobie o tym doskonale sprawę rozmawiając telefonicznie z właścicielką, ale jednocześnie wiem, że Azjatą nie jestem i nigdy nie będę, mogę sobie zatem pozwolić na pewne marginalizowanie kwestii twarzy. Tak czy siak jestem tu odszczepieńcem i tym obcym, który przyjechał tu pewnie tylko sypiać z łatwymi kobietami, uczyć angielskiego, pić na umór co wieczór i wciągać podśmiertelne dawki narkotyków*. Dlatego ciągnąłem temat podczas rozmowy z właścicielką – „co to za wymówka, że się mnie bała, przecież ma kratę!”, „skoro nie wiedziała kim jestem i czego chcę, to mogła zapytać”, „proszę powiedzieć lokatorce z dołu, że sieć dzielimy na dwa mieszkania, więc nie może po prostu odmówić zrestartowania modemu, bo my nie możemy odmówić płacenia za internet, prawda?”. Chciałem odegrać się na sąsiadce jeszcze bardziej szargając jej straconą twarz. Zatrzymałem się dopiero, kiedy dalsze drążenie tematu mogło spowodować utratę twarzy właścicielki, a tego bym nie chciał, bo jednak pomocna kobieta i szkoda psuć relację, a utracona twarz odbija się czkawką długo.

Morał tej historii jest trochę przygnębiający – twarz jest w Azji (a przynajmniej w Chinach i na Tajwanie) pojęciem skomplikowanym i uprzykrzającym życie. Często za słowami „nie da się” kryje się „da się, ale nie wiem jak, więc na wszelki wypadek powiem cokolwiek, żeby tylko skończyć temat i nie wyjść na głupka”, a zamiast zwykłego „przepraszam za swoje zachowanie” dostajemy upór i agresję, byleby tylko ukryć albo zmarginalizować utratę twarzy.

„Twarz” jest pojęciem społecznym i ma prawo bytu jedynie w kontaktach z innymi osobami. Na co dzień, zapewne, zapobiega wielu krępującym i nieprzyjemnym sytuacjom, kiedy to nasza zwierzęca i egoistyczna natura okazuje się nie do końca przystosowana do życia w stadzie, jednak od czasu do czasu wychodzą na jaw jej negatywne efekty. W społecznym charakterze „twarzy” leży jej największa słabość – nie jest to w żaden sposób przejaw wewnętrznego kompasu etycznego, a jedynie probierz reakcji otoczenia na zachowanie jednostki. Poczucie kontroli umiejscowione jest na zewnątrz, dlatego wszystko jest cacy, dopóki nikt nie widzi; kiedy nie ma świadków wszystkie chwyty są dozwolone. Niby brzmi znajomo, bo w opartej na grzechu i winie zań etyce judeo-chrześcijańskiej osąd i kontrola również usytuowane są zewnętrznie, z tą jednak różnicą, że nasz Dominus i Sędzia widzi przez ściany, czyta w myślach i wie kiedy dotykamy się lubieżnie w środku nocy. Z drugiej strony u nas wystarczy się wyspowiadać i też wszystko gra i buczy jak dawniej. Dwa zjawiska czy dwa przejawy tego samego? Jeżeli komuś się chce, to dyskusja jak zwykle w komentarzach.

*Oczywiście nie każdy Tajwańczyk wrzuca wszystkich obcokrajowców do jednego, i to właśnie tego, worka, ale stereotypy istnieją wszędzie, a ten jest tutaj chyba najbardziej rozpowszechniony.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s